Sorry, this page is currently available only in Polish.
W tamtych czasach, dekadę od zakończenia produkcji tej marki w żerańskim FSO, po polskich drogach jeździło jeszcze sporo Warszaw, ale ponieważ mieszkałem na przedmieściach Wrocławia, z dala od głównych ulic, widywałem je bardzo rzadko i nigdy nie miałem z nimi bliższej styczności. Może właśnie dlatego utkwił mi w pamięci dzień, w którym tym właśnie autem zostałem odwieziony do zerówki. Zwykle pokonywałem tę trasę tramwajem, ale ten chłodny ranek był wyjątkowy, prawdopodobnie dlatego, że byliśmy mocno spóźnieni. Zresztą mniejsza o przyczyny. Najważniejsze, że przed budynek przedszkola zajechałem z fasonem Warszawą, siedząc wygodnie na przedniej kanapie obok kierowcy i wpatrując się w deskę rozdzielczą - byłem zbyt mały, by sięgnąć głową choćby do dolnej krawędzi przedniej szyby. Nie wiem, jaki to był model Warszawy. Nie udało mi się także ustalić, czy była to taksówka, czy należała do któregoś ze znajomych rodziców. Do dziś zapamiętałem właściwie tylko jedno: specyficzny zapach tego samochodu - mieszaninę zapachów benzyny, smaru, tapicerki...
Długo pozostawałem pod wrażeniem tego ogromnego samochodu, znacznie większego od popularnych już wtedy dużych i małych Fiatów, Syrenek, Wartburgów i Trabantów. Za każdym razem, gdy widziałem gdzieś jadącą Warszawę, odprowadzałem ją wzrokiem do momentu, aż znikała mi z oczu.
Ponownie zainteresowałem się Warszawą w liceum. Gdy miałem przed sobą perspektywę pisania sprawdzianu z fizyki albo chemii, wybierałem mniej stresującą metodę spędzania czasu, czyli wagary. Czasami szedłem do biblioteki na wrocławskim Rynku i zamawiałem do czytelni stare gazety z lat 50. i 60. Przerzucając pożółkłe, rozsypujące się strony, natrafiałem niekiedy na zdjęcia Warszaw i moja fascynacja tym autem zaczęła się odradzać. Niestety, z braku funduszy marzenia o kupieniu i wyremontowaniu garbuski (ten model podoba mi się najbardziej) przez długie lata nie mogły być zrealizowane. Podczas studiów, kiedy podjąłem nieźle płatną pracę, zacząłem nawet przeglądać ogłoszenia motoryzacyjne, ale problemy finansowe wciąż zmuszały mnie do odsuwania w czasie zakupu własnej Warszawy.
Podczas tej urodzinowej rozmowy wspomniałem, że jeśli kiedyś kupię dla siebie samochód, to będzie to na pewno Warszawa. Wtedy nieoczekiwanie pan Leszek zaproponował, że podaruje mi swoje dwie garbuski pod warunkiem, że przynajmniej jedną z nich odrestauruję. Wiedziałem wcześniej, że ma w swoim garażu te samochody, ale kiedy to usłyszałem, nie mogłem uwierzyć, że jest gotów je oddać komuś innemu za darmo. Po chwili jednak upewnił mnie, że nie żartuje. Prawie zwariowałem ze szczęścia, ale ponieważ nie wiedziałem, w jakim stanie są oba auta, umówiliśmy się, że ostateczną decyzję podejmę po ich obejrzeniu. Dwa dni później wystarczyło tylko, że weszliśmy do hali, w której stoją, abym bez wahania podjął decyzję, że przynajmniej jedna z nich będzie znów wyglądała tak, jakby dopiero wyjechała z fabryki FSO na Żeraniu.
Druga Warszawa, w kolorze kawy z mlekiem, zjechała z taśmy fabrycznej w 1959 roku. Z dokumentów, które posiadam, dowiedziałem się, że w latach 80. jeździła na Opolszczyźnie, później trafiła do Wrocławia i w 1997 roku została zakupiona przez pana Leszka. Wcześniejsze jej losy są mi nieznane. Mimo, że jest młodsza o dwa lata od czarnej garbuski, to jest w znacznie gorszym stanie: brak jej kół oraz wielu elementów deski rozdzielczej i silnika, drzwi i kanapy są zdemontowane, a dużą część blach zżarła rdza. Początkowo przewidywałem dla niej los "dawcy organów" - wiele części z niej nadawałoby się do wykorzystania przy renowacji innych Warszaw. Ale później podjąłem decyzję, że i jej zostanie przywrócona dawna świetność, by znów podczas przejażdżek wzbudzała zachwyt przechodniów i zazdrość kierowców zwykłych aut.